Wysiedlismy z pociagu na dworcu, ktory, w porownaniu z budapesztanskim, prezentowal sie malo okazale. Naszym zwyczajem sporo czasu krzatalismy sie po nim, aby wykonac najistotniejsze czynnosci: zadobyc sie w lokalne srodki platnicze – wyjatkowo zastosowalismy opcje kantor (po serbsku menjacnica)– po czym udalam sie w poszukiwanie mapy miasta (staramy sie unikac wymieniania euro, bo pamietamy przykaz Faustyny, aby miec na turecka wize, ktora trzeba bedzie kupic na granicy). Mape Belgradu udalo mi sie nabyc w ladnym kiosku na dworcu, za polowe wymienionych przez B. pieniedzy. Wiec mamy mape, ktora przychodzi w foliowym opakunku, co okazuje sie zgubne, poniewaz dopiero po jego usunieciu odkrywamy, ze mapa jest nasiaknieta jakas lepiaca substancja i im bardziej ja rozkladamy, tym bardziej jedne czesci miasta mamy odbite na drugich lub sklejone ze soba do tego stopnia, ze zaczynamy rozrywac Belgrad na kawalki. Postanawiam zmobilizowac wszystkie poklady asretywnosci i, mimo braku paragonu, ktory zdazylam juz zutylizowac, ruszam walczyc o wymiane mapy. Kierujac sie stara madroscia zyciowa ktora mowi, ze kobiety maja wiecej empatii, uderzam wlasnie do pani z kiosku zamiast do pana, co mi mape sprzedawal. Pokazuje jej ze mapa nie dziala, okraszajac demonstracje slowotokiem w jezyku angielskim. Pani postanawia przedyskutowac sprawe z panem, ale za chwile wrecza mi owinieta w celofan nowa mape, ktora wyglada na sprawna. No musze przyznac – myslalam, ze pojdzie gorzej.
W miedzyczasie B. zdazyl juz ustalic gdzie mamy sie spotkac z Milica, dziewczyna z Hospitality Club, z ktora mial okazje kilkakrotnie korespondowac, ale ktorej nigdy nie spotkal. Wsiadamy wiec w tramwaj nr 2, jak przykazala Milica i po chwili B. okiem znawcy (juz tu przeciez byl) stwierdza, ze dobrze jedziemy, bo jedziemy w gore ulicy. Cos go jednak sklania do potwierdzenia swojej teorii u milego chlopaka, ktory natychmiast zadaje klam naszym wyobrazeniom i po chwili juz stoimy na przystanku w oczekiwaniu na tramwaj w druga strone. Od tej pory B. wykazuje sie duza rezerwa wobec tramwaju nr 2 i za kazdym razem, kiedy czekamy na tramwaj nr 2, a jezdzi on czesciej w strone przeciwna do pozadanej, B. proponuje wsiascie do tramwaju o numerze 10 na przyklad, poniewaz taki wlasnie nadciaga. Kazdorazowo po moim sprzeciwie dalsze oczekiwanie na tramwaj nr 2 daje czas na sprawdzenie, gdzie tez bysmy sie udali proponowanym tramwajem, czemu towarzyszy wyglaszane przez B. “dobrze, ze nie wsiedlismy”.
Wysiadamy i B. rozmawia znow z Milica. Teraz wiemy, ze powinnismy udac sie na Plac Republiki, ale ten nie wystepuje zupelnie na mapie, wiec idziemy przed siebie i szukamy kogos, kto nas skieruje na miejsce. Znamy juz kierunek, wiemy tez, ze mamy sie spotkac pod wielkim zegarem. Zadzieramy glowy w poszukiwaniu wielkiego zegara, ale zamiast niego znajdujemy gigantyczny posag z koniem i wienczacym go jezdzcem. To Kniaz Michajl.

Po zlapaniu tchu i rozejrzeniu sie dookola zauwazamy, ze nieopodal stoi metalowa konstrukcja, na szczycie ktorej faktycznie umieszczono zegar, ale zadnemu z nas nie przyszloby do glowy wyznaczac azymut wlasnie na niego. Po pewnym czasie zjawia sie nasza gospodyni. Dowiadujemy sie, ze do domu stad jest bardzo blisko, wiec ruszamy znow na piechote. Po drodze mowimy o tym, ze musimy koniecznie cos zjesc i B. opowiada, ze mamy ze soba jeszcze kielbase z Budapesztu, a ja blagam go w myslach, aby nie wspominal, ze jest robiona z konia, bo zywie sluszne przypuszczenia, ze Milica jest wegetarianka. Kiedy juz wychodzi to na jaw, B. z powazna mina obiecuje naszej gospodyni, ze nie bedziemy spozywac kielbasy w jej domu. Ja na tym etapie nie chce juz niczego spozywac, pragne tylko zdjac z siebie ten plecak, ktory juz za chwile wgniecie mnie zupelnie w ziemie. Na szczescie juz tylko po kwadransie jestesmy u Milicy. W domu obecnie nie funkcjonuje kuchnia, poniewaz wlasciciel postanowil zrobic remont, czyli wymontowal zlew. Wlasciciel pewnie przyjdzie jutro, zeby robic remont, nalezy sie wtedy z nim przywitac i nie przejmowac jego obecnoscia. Ale na razie wychodzimy, pojdziemy do klubu, w ktorym gra, jak tlumaczy Milica, brat jej kolegi, ktory nie jest dj’em, ale chcialby nim byc.
Lokal nazywa sie Akademia i byl kiedys kultowym klubem. Trudno mi w to uwierzyc, poniewaz po przejsciu z czesci gornej, ktora wyglada jak zaniedbana kawiarnia lub kufloteka, schodzi sie do piwnicznego ciasnego lochu o surowych scianach. Muzyka grzmi tak imponujaco, ze nie mozna rozmawiac. Nikt nie tanczy, stoja ludzie z piwem przy polkach wystajacych ze scian i wygladaja, jakby jednak jakos rozmawiali. Na szczescie niedlugo wychodzimy na powierzchnie i udajemy sie do piekarni, w ktorej mozna miedzy innymi skusic sie na trojkat pizzy z wisniami, ananasem i nutella. Wybieramy jednak cos bardziej pospolitego i wdajemy sie w dyskusje ze starszym panem, ktory proponuje nam zakup bukietu wlasnej produkcji, skladajacego sie z niezwyklej urody tulipanow. B. jest bardzo waleczny i zbija cene bodaj trzykrotnie, po czym udajemy sie na zasluzony spoczynek.