wtorek, 27 kwietnia 2010

Z BUDAPESZTU DO BELGRADU czyli partyzantka pociągowa

DZIEN 3. 20 kwietnia, WTOREK.

Poranek na lekkim kacu, szybka toaleta i pakowanie plecaków! Zostawiamy na biurku Żołądkową Gorzką (opcję miętową) dla Gabora i Wery wraz z drobnym liścikiem z podziękowaniem za nocleg oraz instrukcją obsługi spożycia.
Nagle na przystanku tramwajowym okazuje się, że poprzedniej nocy nasz węgierski budżet uległ kompletnemu rozporszeniu, w dodatku J zostawiła ostatnie drobne blaszaki na pólce Gabora, więc nie mamy nawet na wodę mineralną nie mówiąc ju o biletach. Powstaje śmiały plan podróży tramwajem na gapę, który został bez pudła zrealizowany. Oddajemy Werze klucze i na całusach wybijamy na kolejny tram, który zawiedzie nas do metra na placu Blaha. Tam korzystam po raz kolejny z bankomatowego dobrodziejstwa wypłaty gotówki bez prowizji ( powinni mi płacić za reklamę ;) bo do metra nie da rady bez biletu. Na Keleti spotykamy się jeszcze z Zoltanem, który otrzymuje ode mnie zestaw moich filmów wraz z napisami, zaś J udaje się z resztą forintów na szybkie zakupy browarów i innych niezbędnych artykułów!


Pakujemy się do wagonu. Bilet wynosi nas około ~ 60 zł (czyli 4050 forintów) na łebka + rezerwacja mejscówki na życzenie: 12 zeta czyli 810 forintów = 3 Eura na łebka (pomysł J). Wybija godzina 13 i 5 minut. Pociąg relacji Budapeszt Keleti - Beograd rusza. Okazauje się, że pociąg jest dość nabity ludzikami, a w naszym przedziale zainstalowana jest już 6-osobowa grupa potomków Homera i Sofoklesa. I tu nasza rezerwacja przydaje się na maxa. Węgierska kolej oprócz dysponowania wagonami ISO 1979, dysponuje też karteczkami przyklejanymi na danym przedziale: jedna karteczka - jedno zarezerwowane miejsce. (Cóż za genialny pomysł i że chce się im przed każdą trasą pociągu naklejać te karteczki, kto to robi?) J z siłą wodospadu exponuje potomkom Sofoklesa i Homera nasze stanowisko na temat ich tłumaczenia, że w tym pociągu nie ma rezerwacji miejsc. Grecka młodzież opuszcza przedział, bynajmiej nie z trenem na ustach za to na ich twarzach rysuje się epos, gdyż czeka ich odyseja w poszukiwaniu przedziału dla całej szóstki (jeszcze kilka razy przechodzą ostetntacyjnie koło naszego wywalczonego przedziału ale udajemy, że ich nie widzimy ;)



Szybko zagospodarowujemy wolną przestrzeń, żeby nikt niepożądany nie dokoptował się do naszego przedziału, J rozkłada bagaże tak, że ewidentnie widać, że jest nas 10 osób, ja natomiast zajmuję się działaniem obronnym na zmysły ewentualnych intruzów, otwierając browary (Borsodi bardzo zacne piwko wegierskie), wino (klasyczny sikacz Bikaver Egri), oraz krojąc na kanapki, zajeżdżającą jak ostatni zajazd na Litwie, węgierski przysmak czyli kiełbę Kolbasz, wykonaną z konia. Teraz już jesteśmy bezpieczni. Podróżujemy w pustym przedziale sami, popijamy wino, zagryzamy papryką. W Belgradzie mamy być punktualnie o 20:36! Toczy się koło za kołem.. w kierunku Smyrny oczywiście.

sobota, 24 kwietnia 2010

BUDAPESZT. prawie mówię po rumuńsku i słoneczko w kratke4

DZIEN 2. 19 kwietnia, PONIEDZIALEK.

Pociąg wjezdza na Keleti o 8:32. Keleti to wspaniały dworzec wschodni, jeden z trzech (obok południowego Déli i zachodniego Nyugati ) w Budapeszcie. Budzimy się z letargu w pozach zapaśników tureckich, tyle, że nie jesteśmy posmarowani oliwą ;) A powinniśmy - wtedy bylibyśmy gotowi do zabalsamowania na wieczność, a tak to czujemy się tylko jak zombie, po tej podróży. Siąpi deszczyk.
Po pierwsze musiałem zrealizować mój plan skorzytania z karty Pekao S.A. dzięki której w ramach grupy Unicredit Bank, mogę wypłacać hajc we wszystkich oddziałach tego banku w całej Europie bez prowizji! Brak prowizji to moje drugie imię!
Pani w informacji poowiedziała J, że bankomat taki znajduje się za rogiem. J została więc z plecakami, ja zaś wyruszyłem na mały spacer w deszczu. Bankomatu za rogiem nie było, rozpętałem więc sztukę dedukcji do maximum i w koncu po reklamach ulicznych znalazłem bankomat w niedalekim centrum handlowym! Ciekawe czy zaoszczędzona prowizja była warta spaceru w deszczu, natomiast na pewno nie była warta miny J, kiedy zastałem ją przy plecakach. Była godzina 9.45.
Następny punkt - załatwienie mety w Budapeszcie. Nikt z hospitality club nie odpowiedział wprawdzie, za to odezwał się Gabor, mój kumpel z Dragon forum sprzed 2 lat! Nie mógł się stawić co prawda osobiście, bo wlaśnie reżyserował reklamówkę europejskiej stolicy klultury w Pecs, jednak oddelegował do pomocy swoją siostrę-współlokatorkę Werę. NIe odebrała telefonu ale zaraz oddzwoniła. Miałem wrażenie, że nie jest zachwycona jednak udawałem, że nic zauważyłem i jak gdyby nigdy nic umówiłem się na odebranie kluczy. Gdyby J, po samotnym oczekiwaniu w deszczu przy plecakach, dowiedziała się, że nie załatwiłem noclegu, jakoś nakłoniła by, obywateli połowy europy wschodniej, przesiadających się właśnie na Keleti, aby mnie zlinczowali.
Dlatego kamień spadł mi z serca kiedy mogłem powiedzieć:
- Udało się kochanie, musimy jeszcze tylko pojechać w deszczu metrem i tramwajem, na drugi koniec Budapesztu (którego struktury urabizacyjnej i planu zagospodarowania terenu możemy się jedynie domyślać) i odebrać klucze aby potem przejechać drugie pół budapesztu metrem i tramwajem, do mieszkania gdzie będziemy mogli zrzucić nasze gigantyczne 20-kilowe pleacaki!
J była zachwycona! ;)
Po zaciekłym śledztwie dostarliśmy do metra ale utrknęliśmy na tramwaju. Wtedy jakiś koleś w przejściu podziemnym zatrzymał się i przemówił po polsku niczym mesjasz. Był to Marcel, pół węgier/pół polak, bratanek w każdym razie, który pokierował na tramwaj w kierunku Wery, na Ieszenay Marie Utce. Powiedział, że teraz my polacy, musimy się trzymać razem. Istotnie, z okien tramwaju widziałem żałobne flagi na parlamencie węgierskim.
Wera okazała się jednak bardzo spoko, małą osóbką, która przekazała nam klucze i powiedziała, że będzie w chacie po 10 wieczorem. Ok!




Chata Gabora jest na super ulicy Molnara, w zajebistej kamienicy, Budapeszt - dystrykt V, centrum ścisłe, zaraz nad Dunajem, naprzeciw zamku na Budzie!


Kartka na biurku mówiła, że możemy korzystać z mieszkania jak ze swojego, polecała też kilka knajp na mieście, godnych uwagi!



Jednak podróż oprócz tego, że prawie nauczyła nas rumuńskiego, nie przyniosła żadnego pozytywnego aspektu dal naszych organizmów. Po przywracającym do życia prysznicu, ogarnela nas w łóżku Gabora sennosc nie od opisania..


..po obudzeniu się natychmiast zarządziliśmy misję odnalezienia miesc, wskazanych przez Gabora + skontaktowania się z Zoltanem - moim jeszcze starszym ziomem z projektu "Europe around us", a potem napotkanym nagle na festiwalu w Karlovch Varach, który wizytowałem w ramach miłości bratnich narodów, wraz z zaufanymi w wierze: Rafalem i Robertem.
Zoltan, obecnie rezyserujacy filmy reklamowe w Budapeszcie, już wcześniej odpowiadał na moje majle i bardzo mi pomogl informacyjnie, jednak nie chcialem się do niego wpraszac na nocleg, tym bardziej ze dawno go nie widzialem, oraz ze ma male dzieci. Zoltan jednak odebral i ochoczo przystał na propozycję spotkania, jednak dopiero jak dzieci usną.
Do tego czasu postanowiliśmy odnalezc z J na właną rękę, "Castro Bistro", knajpke polecaną przez Gabora. Istotnie jak mówił Gabort - warto było! Reanimacja płynami kosztowała nas rozsądnie. Czeskie piwo Kozel ciemne pokazalo swoje rogi ;)





Zoltan odebrał nas na Keleti gdzie kupiliśmy przezornie bilety do Belgradu i zaraz potem zabral nas do "Simpla" rubasznej tancubdy, którą to szczęśliwym trafem polecał nam również Gabor. Rozpętały się rozmowy o życiu, sztuce i miłości między nami zaufanymi w wierze!


Bogowie jednak czuwają nad pielgrzymami podążającymi do Smyrny.. bo oprócz kebaba i pomnika dziwnego, obłego motocyklisty nie pamiętam komplentnie niczego.


piątek, 23 kwietnia 2010

pociąg do BUDAPESZTU pociąg do wódki


Pociąg realcji Warszawa Centralna - Budapeszt Keleti: 114 zeta ( 29 Eura) za łeba. Miejsca siedzące. Z moich wyliczeń wynika, że to będzie najdroższy bilet na naszej trasie do Smyrny. Zobaczymy. Ścisk w pociagu maxymalny. Mamy nadzieje, że tylko do Katowic. Wagon węgierski co oznacza spełnienie norm ISO 1979 (w roku mego urodzenia, te maszyny były szczytem osiągnięć bialego człowieka żyjącego na około Balatonu). Acha i info dla oszczędnych wygodnickich: w wagonach węgierskich, na miejscach siedzących nie da się położyć i zasnąć, w żaden nawet najbardziej zaawansowany gimnastycznie sposób - uniemożliwiają to wszechobecne, solidne spawy konstrukcyjne siedzeń.

W przedziale oprócz jednego gościa, na oko z Katowic, siedzi jeszcze dwóch jegomościów z dziwnymi fryzurami, operujących dziwnym językiem. Nie ma lekko - oni w Katowicach nie wysiądą na pewno, myślę. I słusznie - panowie nie wysiadają w Katowicach, a po płytszym indagowaniu okazują się być miłymi Rumunami zmierzającymi do Bukaresztu. Przez Budapeszt Keleti oczywiście - czyli rozrywka przez całą podróż do stolicy Węgier murowana (oczywiście musiał wulkan wybuchnąć na Islandii i teraz wszyscy drobni przedsiębiorcy z Bukaresztu muszą jechać z nami w przedziale). Za to J już nie będzie musiała powstrzymywać sie od nazywania mnie brzydko przy tych ludziach z przedzialu. I tak nie zrozumieją..
A wszystko przez to, że z powodów równie tajemniczych co wybuch wulkanu na Islandii, czasoprzestrzeń w Warszawie rozciagnęła się jak guma do żucia, po czym nagle gwałtownie się skurczyła, przez co okazało się, że pociąg na Keleti odjeżdża jednak za 10 minut. A przecież wszystkie znaki na niebie i ziemi mówiły : spokojnie mamy jeszcze pół godziny..
Widocznie bogowie nie chcą abyśmy dotarli do Smyrny!
Z drugiej strony co by było gdybym nie kupił jednak tej całej wódki w Warszawie???

WARSZAWA pospieszna




Dotarlismy do stolicy kilka minut po 18:00. Aby wiedziec, na ile mozemy sobie pozwolic w czasie naszego krotkiego postoju, zapytalam B. o ktorej odjezdza nasz pociag do Budapesztu. Dowiedziawszy sie, ze dopiero o 21:30, udalam sie w poszukiwaniu kogos, kto rozmieni drobne potrzebne na szafke do przechowania bagazu. Pozbywszy sie naszych ciezarow w podziemiach Dworca Centralnego, wyszlismy w jasnosc dnia aby stwierdzic, ze Warszawa to miasto, w ktorym nie wystepuje niedziela. Wsrod masy szybkobieznych ludzi dostalismy sie na Nowy Swiat, gdzie usiedlismy w celu oddania sie rozkoszom podniebienia: pizzy oraz browarom. To nasze posiedzenie mialo takze swoj wymiar towarzyski, gdyz niebawem pojawili sie branzowi koledzy B. - Robert, Rafal i Ksawery. Mezczyzni zywo dyskutowali na wazne tematy narodowe, ku jakim sklanial szczegolny dzien pozegnania Prezydenta RP.
Nastepnie pojawil sie pomysl udania sie na lody oraz browar. Po mojej uprzejmej, acz stanowczej interwencji, wybrany zostal lokal w bezposrednim sasiedztwie dworca - Hard Rock Cafe. Tu potowarzyszyli mi dwaj koledzy B., podczas gdy on sam wraz z ostatnim kompanem postanowil zrobic niezbedne sprawunki na dalsza podroz - cos na zab oraz browar. Kiedy juz siedzialam w knajpie, w najlepsze rozprawiajac z panami oraz browar, zadzwonil do mnie Robert, ktory towarzyszyl B. w zakupach. "Julia, wasz pociag odjezdza za 7 minut, chodz szybko!". Wiedzialam, ze jest dopiero 3 po dziewiatej. Sporo czasu zajelo mi dopytywanie, czy nie robi sie mnie w konia, a kiedy juz stalo sie to bolesnie pewnym, zrozumialam, ze nie mam pojecia, jak mam isc na ten dworzec. Na szczescie mialam przy sobie dwoch mezczyzn, z ktorych jeden zostal pilnowac stolika oraz browarow, a drugi pobiegl mnie odprowadzic najkrotsza droga lub po prostu jedyna (nie wiem; sama na pewno bym tego dworca nie znalazla, taki padl na mnie strach blady).
Myslalam, ze zabije B. i ze sporym trudem przychodzilo mi powstrzymywanie sie od nazywania go brzydko przy ludziach z przedzialu, czemu towarzyszyla jeszcze zlosc na sama siebie, ze nie sprawdzilam sama, tylko uwierzylam. Powiedzial, ze jakos mu tak pasowalo, zeby ten pociag odjezdzal o wpol do dziesiatej i tego postanowil sie trzymac. Jak to sie stalo, ze zdazylismy? Zapytany przez Roberta o godzine odjazdu, B. jednak wyjal bilet i sprawdzil. Na nastepne wakacje zabierzemy ze soba Roberta.
Moze Robert wpadnie tez na to, zeby przed wyjazdem spytac mnie, czy spakowalam ubezpieczenie wykupione na czas podrozy. Moze bym wtedy spakowala.

czwartek, 22 kwietnia 2010

GDYNIA pizdzi wiater oceaniczny halny



DZIEN 1. 18 kwietnia, NIEDZIELA.
J i ja ruszamy z Gdyni. To pomysl J zebysmy mieli gdzie siedziec. Wiadomo - siadamy w TLK (T.łok L.ekko K.urewski) za 53 zl od lebka. Jestem dumny bo jeszcze nigdy tak nie zapakowalem profesjonalnie plecaka.. wlasciwie nigdy wczesniej nie zapakowalem plecaka wiec jestem dumny podwojnie. W pociagu jednak luz, jesteśmy w przedziale sami co wydatnie zwieksza komfort podrozy i samozadowolenia. Jedyne co nie napawa nas pewnoscia siebie to, czy Smyrna naprawde istnieje..?
..oraz oczywiście najlblizszy nocleg w Budapeszcie ;/

ale najpierw Warszawa i browary z zaufanymi w wierze!!!

B