piątek, 23 kwietnia 2010

WARSZAWA pospieszna




Dotarlismy do stolicy kilka minut po 18:00. Aby wiedziec, na ile mozemy sobie pozwolic w czasie naszego krotkiego postoju, zapytalam B. o ktorej odjezdza nasz pociag do Budapesztu. Dowiedziawszy sie, ze dopiero o 21:30, udalam sie w poszukiwaniu kogos, kto rozmieni drobne potrzebne na szafke do przechowania bagazu. Pozbywszy sie naszych ciezarow w podziemiach Dworca Centralnego, wyszlismy w jasnosc dnia aby stwierdzic, ze Warszawa to miasto, w ktorym nie wystepuje niedziela. Wsrod masy szybkobieznych ludzi dostalismy sie na Nowy Swiat, gdzie usiedlismy w celu oddania sie rozkoszom podniebienia: pizzy oraz browarom. To nasze posiedzenie mialo takze swoj wymiar towarzyski, gdyz niebawem pojawili sie branzowi koledzy B. - Robert, Rafal i Ksawery. Mezczyzni zywo dyskutowali na wazne tematy narodowe, ku jakim sklanial szczegolny dzien pozegnania Prezydenta RP.
Nastepnie pojawil sie pomysl udania sie na lody oraz browar. Po mojej uprzejmej, acz stanowczej interwencji, wybrany zostal lokal w bezposrednim sasiedztwie dworca - Hard Rock Cafe. Tu potowarzyszyli mi dwaj koledzy B., podczas gdy on sam wraz z ostatnim kompanem postanowil zrobic niezbedne sprawunki na dalsza podroz - cos na zab oraz browar. Kiedy juz siedzialam w knajpie, w najlepsze rozprawiajac z panami oraz browar, zadzwonil do mnie Robert, ktory towarzyszyl B. w zakupach. "Julia, wasz pociag odjezdza za 7 minut, chodz szybko!". Wiedzialam, ze jest dopiero 3 po dziewiatej. Sporo czasu zajelo mi dopytywanie, czy nie robi sie mnie w konia, a kiedy juz stalo sie to bolesnie pewnym, zrozumialam, ze nie mam pojecia, jak mam isc na ten dworzec. Na szczescie mialam przy sobie dwoch mezczyzn, z ktorych jeden zostal pilnowac stolika oraz browarow, a drugi pobiegl mnie odprowadzic najkrotsza droga lub po prostu jedyna (nie wiem; sama na pewno bym tego dworca nie znalazla, taki padl na mnie strach blady).
Myslalam, ze zabije B. i ze sporym trudem przychodzilo mi powstrzymywanie sie od nazywania go brzydko przy ludziach z przedzialu, czemu towarzyszyla jeszcze zlosc na sama siebie, ze nie sprawdzilam sama, tylko uwierzylam. Powiedzial, ze jakos mu tak pasowalo, zeby ten pociag odjezdzal o wpol do dziesiatej i tego postanowil sie trzymac. Jak to sie stalo, ze zdazylismy? Zapytany przez Roberta o godzine odjazdu, B. jednak wyjal bilet i sprawdzil. Na nastepne wakacje zabierzemy ze soba Roberta.
Moze Robert wpadnie tez na to, zeby przed wyjazdem spytac mnie, czy spakowalam ubezpieczenie wykupione na czas podrozy. Moze bym wtedy spakowala.

4 komentarze:

  1. typowy B. nigdy nic nie kuma, a czas to u niego pojecie bardzo wzgledne. Quzyn z Tajwanu mowi czesc, jakbyco...

    OdpowiedzUsuń
  2. a potem ja musialem te wszystkie browary wypic bo Xaw przygotowuje sie do maratonu i nie pije a Robson "jakos ochoty nie mial". Piszcie Mordy.

    OdpowiedzUsuń
  3. A potem ja musiałem tłumaczyć Rafałowi, dlaczego nie zapłacę za browary, które wypił i nie przekonuje mnie argument, że "przecież Bart to też mój kolega, więc muszę ponieść konsekwencje";)Heh.

    OdpowiedzUsuń