sobota, 24 kwietnia 2010

BUDAPESZT. prawie mówię po rumuńsku i słoneczko w kratke4

DZIEN 2. 19 kwietnia, PONIEDZIALEK.

Pociąg wjezdza na Keleti o 8:32. Keleti to wspaniały dworzec wschodni, jeden z trzech (obok południowego Déli i zachodniego Nyugati ) w Budapeszcie. Budzimy się z letargu w pozach zapaśników tureckich, tyle, że nie jesteśmy posmarowani oliwą ;) A powinniśmy - wtedy bylibyśmy gotowi do zabalsamowania na wieczność, a tak to czujemy się tylko jak zombie, po tej podróży. Siąpi deszczyk.
Po pierwsze musiałem zrealizować mój plan skorzytania z karty Pekao S.A. dzięki której w ramach grupy Unicredit Bank, mogę wypłacać hajc we wszystkich oddziałach tego banku w całej Europie bez prowizji! Brak prowizji to moje drugie imię!
Pani w informacji poowiedziała J, że bankomat taki znajduje się za rogiem. J została więc z plecakami, ja zaś wyruszyłem na mały spacer w deszczu. Bankomatu za rogiem nie było, rozpętałem więc sztukę dedukcji do maximum i w koncu po reklamach ulicznych znalazłem bankomat w niedalekim centrum handlowym! Ciekawe czy zaoszczędzona prowizja była warta spaceru w deszczu, natomiast na pewno nie była warta miny J, kiedy zastałem ją przy plecakach. Była godzina 9.45.
Następny punkt - załatwienie mety w Budapeszcie. Nikt z hospitality club nie odpowiedział wprawdzie, za to odezwał się Gabor, mój kumpel z Dragon forum sprzed 2 lat! Nie mógł się stawić co prawda osobiście, bo wlaśnie reżyserował reklamówkę europejskiej stolicy klultury w Pecs, jednak oddelegował do pomocy swoją siostrę-współlokatorkę Werę. NIe odebrała telefonu ale zaraz oddzwoniła. Miałem wrażenie, że nie jest zachwycona jednak udawałem, że nic zauważyłem i jak gdyby nigdy nic umówiłem się na odebranie kluczy. Gdyby J, po samotnym oczekiwaniu w deszczu przy plecakach, dowiedziała się, że nie załatwiłem noclegu, jakoś nakłoniła by, obywateli połowy europy wschodniej, przesiadających się właśnie na Keleti, aby mnie zlinczowali.
Dlatego kamień spadł mi z serca kiedy mogłem powiedzieć:
- Udało się kochanie, musimy jeszcze tylko pojechać w deszczu metrem i tramwajem, na drugi koniec Budapesztu (którego struktury urabizacyjnej i planu zagospodarowania terenu możemy się jedynie domyślać) i odebrać klucze aby potem przejechać drugie pół budapesztu metrem i tramwajem, do mieszkania gdzie będziemy mogli zrzucić nasze gigantyczne 20-kilowe pleacaki!
J była zachwycona! ;)
Po zaciekłym śledztwie dostarliśmy do metra ale utrknęliśmy na tramwaju. Wtedy jakiś koleś w przejściu podziemnym zatrzymał się i przemówił po polsku niczym mesjasz. Był to Marcel, pół węgier/pół polak, bratanek w każdym razie, który pokierował na tramwaj w kierunku Wery, na Ieszenay Marie Utce. Powiedział, że teraz my polacy, musimy się trzymać razem. Istotnie, z okien tramwaju widziałem żałobne flagi na parlamencie węgierskim.
Wera okazała się jednak bardzo spoko, małą osóbką, która przekazała nam klucze i powiedziała, że będzie w chacie po 10 wieczorem. Ok!




Chata Gabora jest na super ulicy Molnara, w zajebistej kamienicy, Budapeszt - dystrykt V, centrum ścisłe, zaraz nad Dunajem, naprzeciw zamku na Budzie!


Kartka na biurku mówiła, że możemy korzystać z mieszkania jak ze swojego, polecała też kilka knajp na mieście, godnych uwagi!



Jednak podróż oprócz tego, że prawie nauczyła nas rumuńskiego, nie przyniosła żadnego pozytywnego aspektu dal naszych organizmów. Po przywracającym do życia prysznicu, ogarnela nas w łóżku Gabora sennosc nie od opisania..


..po obudzeniu się natychmiast zarządziliśmy misję odnalezienia miesc, wskazanych przez Gabora + skontaktowania się z Zoltanem - moim jeszcze starszym ziomem z projektu "Europe around us", a potem napotkanym nagle na festiwalu w Karlovch Varach, który wizytowałem w ramach miłości bratnich narodów, wraz z zaufanymi w wierze: Rafalem i Robertem.
Zoltan, obecnie rezyserujacy filmy reklamowe w Budapeszcie, już wcześniej odpowiadał na moje majle i bardzo mi pomogl informacyjnie, jednak nie chcialem się do niego wpraszac na nocleg, tym bardziej ze dawno go nie widzialem, oraz ze ma male dzieci. Zoltan jednak odebral i ochoczo przystał na propozycję spotkania, jednak dopiero jak dzieci usną.
Do tego czasu postanowiliśmy odnalezc z J na właną rękę, "Castro Bistro", knajpke polecaną przez Gabora. Istotnie jak mówił Gabort - warto było! Reanimacja płynami kosztowała nas rozsądnie. Czeskie piwo Kozel ciemne pokazalo swoje rogi ;)





Zoltan odebrał nas na Keleti gdzie kupiliśmy przezornie bilety do Belgradu i zaraz potem zabral nas do "Simpla" rubasznej tancubdy, którą to szczęśliwym trafem polecał nam również Gabor. Rozpętały się rozmowy o życiu, sztuce i miłości między nami zaufanymi w wierze!


Bogowie jednak czuwają nad pielgrzymami podążającymi do Smyrny.. bo oprócz kebaba i pomnika dziwnego, obłego motocyklisty nie pamiętam komplentnie niczego.


1 komentarz: