Poranek na lekkim kacu, szybka toaleta i pakowanie plecaków! Zostawiamy na biurku Żołądkową Gorzką (opcję miętową) dla Gabora i Wery wraz z drobnym liścikiem z podziękowaniem za nocleg oraz instrukcją obsługi spożycia.
Nagle na przystanku tramwajowym okazuje się, że poprzedniej nocy nasz węgierski budżet uległ kompletnemu rozporszeniu, w dodatku J zostawiła ostatnie drobne blaszaki na pólce Gabora, więc nie mamy nawet na wodę mineralną nie mówiąc ju o biletach. Powstaje śmiały plan podróży tramwajem na gapę, który został bez pudła zrealizowany. Oddajemy Werze klucze i na całusach wybijamy na kolejny tram, który zawiedzie nas do metra na placu Blaha. Tam korzystam po raz kolejny z bankomatowego dobrodziejstwa wypłaty gotówki bez prowizji ( powinni mi płacić za reklamę ;) bo do metra nie da rady bez biletu. Na Keleti spotykamy się jeszcze z Zoltanem, który otrzymuje ode mnie zestaw moich filmów wraz z napisami, zaś J udaje się z resztą forintów na szybkie zakupy browarów i innych niezbędnych artykułów!

Pakujemy się do wagonu. Bilet wynosi nas około ~ 60 zł (czyli 4050 forintów) na łebka + rezerwacja mejscówki na życzenie: 12 zeta czyli 810 forintów = 3 Eura na łebka (pomysł J). Wybija godzina 13 i 5 minut. Pociąg relacji Budapeszt Keleti - Beograd rusza. Okazauje się, że pociąg jest dość nabity ludzikami, a w naszym przedziale zainstalowana jest już 6-osobowa grupa potomków Homera i Sofoklesa. I tu nasza rezerwacja przydaje się na maxa. Węgierska kolej oprócz dysponowania wagonami ISO 1979, dysponuje też karteczkami przyklejanymi na danym przedziale: jedna karteczka - jedno zarezerwowane miejsce. (Cóż za genialny pomysł i że chce się im przed każdą trasą pociągu naklejać te karteczki, kto to robi?) J z siłą wodospadu exponuje potomkom Sofoklesa i Homera nasze stanowisko na temat ich tłumaczenia, że w tym pociągu nie ma rezerwacji miejsc. Grecka młodzież opuszcza przedział, bynajmiej nie z trenem na ustach za to na ich twarzach rysuje się epos, gdyż czeka ich odyseja w poszukiwaniu przedziału dla całej szóstki (jeszcze kilka razy przechodzą ostetntacyjnie koło naszego wywalczonego przedziału ale udajemy, że ich nie widzimy ;)


Szybko zagospodarowujemy wolną przestrzeń, żeby nikt niepożądany nie dokoptował się do naszego przedziału, J rozkłada bagaże tak, że ewidentnie widać, że jest nas 10 osób, ja natomiast zajmuję się działaniem obronnym na zmysły ewentualnych intruzów, otwierając browary (Borsodi bardzo zacne piwko wegierskie), wino (klasyczny sikacz Bikaver Egri), oraz krojąc na kanapki, zajeżdżającą jak ostatni zajazd na Litwie, węgierski przysmak czyli kiełbę Kolbasz, wykonaną z konia. Teraz już jesteśmy bezpieczni. Podróżujemy w pustym przedziale sami, popijamy wino, zagryzamy papryką. W Belgradzie mamy być punktualnie o 20:36! Toczy się koło za kołem.. w kierunku Smyrny oczywiście.

zajebiście, hej!
OdpowiedzUsuń