Dzień właściwie się zaczął od tego, że się nie skończył poprzedni, ponieważ tej nocy nasza gospodyni Milica zmuszona była spać z nami w pokoju (nastepnego dnia jechała do Novego Sadu studiować i chciała się spakować) postanowiliśmy wypić wspólnie wino ;) a potem słuchac muzyki i rozmawiać do wczesnych godzin porannych o Serbii, Polsce, sztuce, polityce, filmach i życiu. Okazało się, że Milica studiuje całkiem poważnie rezyserie filmową. Znalazłem na jej półce książki o Kieslowskim, pytała mnie tez o Marcela Łozińskiego i Wojciecha Wiszniewskiego, wogóle była całkiem serio zorientowana w polskiej kinematografii, czego nie można było powiedzieć o mnie, odnośnie kinematografii bałkańskiej. Oczywiście natychmiast przekopiowałem jej z mojego kompa odcinki "sztuki dokumentu" który zrobiłem o Wiszniewskim, zaś sobie przekopiowałem filmy prekursora serbskiej kinematografii o niepamiętnym nazwisku.

Milica opowiadała tez o wojnie i bombardowaniu Belgradu, o tym jak wszyscy przez 3 miesiące nieustannie pili i ćpali w piwnicznych lokalach by zagłuszyć strach i paradoksalnie próbowac życ normalnie, o tym jak Milosevic zorganizował wielki koncert dla ludzi na belgradzkich mostach, które były wyznaczone do zbombardowania przez amerykanów jako strategiczne obiekty i że poszli tam nawet ludzie, którzy go nie popierali ale chcieli zamanifestowac swój sprzeciw wobec tego co sie dzieje. Mówiła tez, że to były dla niej i dla wielu mieszkańców Belgradu szalone chwile ale jednocześnie być może najpiekniejsze, najważniejsze w ich życiu. Tak sobie myślałem co by to było gdyby nagle amerykanie doszli do wniosku że trzeba zbombardowc Warszawę, co ja bym wtedy zrobił? Mosty stoją do dzisiaj i mieliśmy okazję nimi jeździć. Ale zbombardowane (właściwie stopione) szkielety gmachów siedziby telewizji i partii do dziś straszą w samym centrum Belgradu..
W końcu zasnęliśmy..zzzzzzzzzzzz
Rano Milicy już nie było, a my postanowiliśmy ruszyć na ostatnią wyprawę, ale przedtem jeszcze uroczyście, korzystając z dobrodziejstw elektorniki w pokoju Milicy, postanawiłem rozpocząć pisanie bloga, co wspaniałomyslnie J uwieczniła za pomocą aparatu swego brata. J Robi mi 2 zdjęcia ala Veermer, które możecie tu podziwiać, a potem jeszcze idzie cykać foty na taras Milicy.



Wychodzimy na miasto jeszcze przed przyjsciem właściciela, który cały czas pracował pilnie nad mozaiką w kuchni.

Przez spadającą ku Sawie jak zjeżdzalnia, uroczą dzielnicę Dorcol, doszlismy (pod górę) do centrum. W Belgradzie szczególnie na Dorcol, jest duzo pieknych starych i zaniedbanych kamienic i mnóstwo super niezagospodarowanych lokali n.p: piwnic, z których w Polsce juz dawno by ktos zrobił knajpy. Tam tez oczywiscie są super knajpy w piwnicach i na strychach i gdzie tylko się pomysli i są moim zdaniem ciekawsze od tych n.p: w Warszawie, nie mniej jednak, gdyby ktoś z was chciał zainwestowac w nieruchomości to polecam wlaśnie Belgrad ;P




W centrum pokręcilismy się po kafejkach, których jest tu tysiące, a każda ma swoj własny urok, no i ludzie tutejsi raczej maja to we krwi, że w okolicach południa, wylegają do tych kafejek, a nie jak u nas sami turyści.. wogóle miałem wrażenie jakbysmy byli jedynymi turystami, a lokalsi słyszący nas jak rozmawiamy z J po polsku, byli bardzo zdziwieni bo jednoczesnie język znajomy, ale ewidentnie Inny. My natomiast zdziwilismy się kiedy w karcie menu znaleźliśmy pewną znajomą markę alkoholu ;)




Zaciągnałem tez J do cerkwi, jednej z wiekszych w mieście, w cenralnej dzielnicy ambasad. Akurat odbywało się naborzeństwo z okazji święta - jakiego nie pamietam już. Ich śpiewy jednak bardzo róznią się od naszego zawodzenia katolickiego i musze powiedzieć, że o niebo wolę mszę w obrządku grekokatolickim czy prawosławnym niż rzymskokatolickim. Nie mogłem kręcic kamerka ale postanowiłem nagrać za pomocą dyktafonu fragment ich śpiewu także poniżej macie okazje posłuchać. Kupiliśmy też po świeczce i zapaliliśmy w intencji naszej podróży i wetknęlismy w specjalnych wnękach z piaskiem znajdujących sie przy wejściu do każdej cerkwi.
Po strawie duchowej przyszedł czas na prawdziwy obiad, który postanowiliśmy zjeść u lokalnego chińczyka. Było warto. Genralnie ceny spoko, mozna zjeśc bardzo tanio ale są i restauracje gdzie ceny są zblizone do polskich, natomiast nie ma jeszcze powszechnej już Polsce macdonaldyzacji społeczeństwa, u nich hamburger owszem ale prawdziwy i nazywa się plajskavica ;) Żarcie więc dobre i oferujące lokalne poczucie smaku ;P
Aaa i przydatne wiadomości dla kupujacych na lokalnych targach lub barach czy restauracyjkach poza centrum: wiekszość menu jest w jezyku lacinskim ale wlasciwie prawie wszedzie jest wersja angielska menu, jesli ekspedientka lub kelner nie mowia po angielsku (co jednak w Belgradzie nalezy do rzadkości) to spokojnie dogadamy się mówiąc wolno po polsku. Ach te języki sowiańskie!!! Piwo to pivo (najlepsze najbardziej popularne jest Jelen Pivo i Pivo Lav czyli lew), mleko to mleko, a chleb to chleb. Nawet pies to pas (to apropos kuchni chińskiej;)

Szybki powrót po plecaki i zasuwamy obczajonym przez nas wczesniej tramem, akurat jadącym przez uliczkę na której mieszka Milica. Mimo że mamy spora rezerwę czasową J sie oczywiscie denerwuje, pakuje papierosy głeboko do plecaka, a potem na przystanku tramwajowym, bebeszy misternie spakowany plecak żeby zapalić. No cóż - takie są kobiety.
B.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz